Rozwiązanie spadło na mnie jak grom z jasnego nieba.
Już wiedziałem dokąd prowadzi ten tunel, te schody. W końcu.
Idę korytarzem. Bez światła. Bez celu.
Dochodzę do długich schodów. Wspinam się ku górze, ku światłu, ku temu co dobre.
Czuję narastającą euforię. Z każdym stopniem jestem coraz bliżej bieli.
Widzę te drzwi. Widzę zamek. Ale gdzie jest klucz.
No tak. Słowa. To one są kluczem. Wypowiadam tylko mi znaną formułę.
Słychać ciche kliknięcie. Panika. Otworzyć?
Decyzja zapadła już dawno. Otwieram…
Widzę wielką białą salę. Białe ściany. Biały sufit.
Nie słyszę nic oprócz ciszy.
Wchodzę do pomieszczenia. Wydaje się być takie przytulne, takie bezpieczne…
Staję za filarem. Wytężam wzrok.
Nagle zdumiony widzę kobietę.
Ona nie widzi mnie jednak. Jest jakby zaklęta.
Ona tańczy.
Uderza mnie nagle coś.
Coś nowego.
Przecież ja ją kocham. Czuję to.
Widzę kobietę, bez której od tej chwili nie potrafię żyć,
a ona oddaje się temu co kocha najbardziej.
Nie widzi mnie.
Nie wie co czuję.
Nie wie co poczułem.
Nie chcę już nigdy wychodzić z tego świata.