Uwaga, będę narzekać więc wszystkich nieodpornych na marudzenie, narzekanie i tym podobne uprasza się o opuszczenie tego miejsca.
Taak, znowu to samo. Kiedy ja chcę z kimś mi bliskim pogadać- ten nie ma czasu.
Ja… nie rozumiem. Jestem zawsze kiedy trzeba. ZAWSZE.
I co? A no osoba o której mówię woli teraz być w towarzystwie osób, które niemal się nie odzywały kiedy nie było jej na miejscu.
Nie rozumiem. Kompletnie nie rozumiem.
Co jest ze mną nie tak? Ja na prawdę nie wymagam zbyt wiele od życia.
Ale kiedy kuźwa ja mam jeden cholerny zły dzień, nawet nie mam z kim o tym porozmawiać.
To przykre. Cholernie przykre. Kolejny zawód.
Czuję się wykorzystany.
Jak ja mam więc ufać ludziom hm ? Jak?