Zastanawiam się dziś, po co ja w ogóle myślę o studiowaniu ?
Co z tego, że będę miał wyższe, może świetnie płatną pracę, doskonałe warunki życia…
A co ze szczęściem hm ? Przecież tego nie kupie ani nie wyimaginuję. Ani nie narysuje- bo nie potrafię.
Nie raz nie dwa, pisałem tu, że niewiele mi trzeba do szczęścia.
I co ? I nic. Jesteśmy 'po sezonie’. Burz brak a więc i adrenaliny brak.
Nie ma endorfin, nie ma C10H12N2O. (Serotonina).
Jest szaro,buro i bylejako z małymi przebłyskami od czasu do czasu.
Całe szczęście, że dziś nie mam (przynajmniej pisząc te słowa) mindfucka( Słoiczi- wiesz o co chodzi).
Mam nadzieję, że zatoki mi odpuszczą bo nie ogarniam coraz bardziej.
ps1. Nie ogarniam.
ps2. :

EDIT:
No dobra, pisząc ten wpis jakieś 6 godzin temu nie miałem pojęcia, że będę miał tak rozjechany nastrój.
Poddaję się. Nie mam siły na walkę ze swoim umysłem.