Wróciłem z bardo długiej podróży. Z podróży zaczynającej się gdzieś na krańcach mojego umysłu a kończącej w realnym życiu, które wcale nie czekało z otwartymi ramionami a dokładało tylko „do pieca”. Nie będę o tym pisać. To było i minęło. Finito.
Zmieniłem pracę. Moją przygodę z poprzednim miejscem pracy można uznać za zakończoną. Definitywnie.
Miesiąc czasu byłem w domu, szukając innego zajęcia. Szło zwariować, serio. Ale prawdę mówiąc potrzebowałem chyba… nie. Na pewno potrzebowałem trochę wolnego czasu żeby móc spokojnie wszystko ogarnąć, poukładać. I ogarnąłem.
Znalazłem swój lek. Co zabawniejsze, niespodziewany. Ale cholernie skuteczny.
Wracam silniejszy. Wracam zrestartowany. Z odświeżoną mózgownicą.
Po prostu wracam.
I wiecie co?
Dzięki, za to, że jesteście i będziecie.
Wiem to.
„Miesiąc czasu byłem w domu, szukając innego zajęcia. Szło zwariować, serio.” – chyba zazdroszczę. Chciałabym mieć jeden taki dzień. Nie wiem, czy gorszy jest cały tydzień, gdy godzę ze sobą kilkanaście tak różnych ról, czy weekendy gdy stres potęguje niekończąca się krytyka. I znów się zaczęło. Ledwie kilka godzin a chciałabym już uciekać. Dziwny jest ten świat. Jedni mają w rodzinnych domach ostoję i ciepło, inni szukają z nich ucieczki przed toksycznymi emocjami do własnego, budowanego na… no właśnie nie wiem, na czym.
Nie obiecuję, że będę zawsze. Czasami tu zerkałam. W takie noce jak ta, gdy tyle do zrobienia, że człowiek nie wie od czego zacząć. Od otarcia łez, kolejnej kawy a może odłożenia wszystkiego w cholerę i pójścia spać. Postaram się być. Po prostu.